Trybunał w Strasburgu uznał, że Polska złamała Europejską Konwencję Praw Człowieka, odmawiając możliwości dziedziczenia prawa najmu po zmarłym partnerze tej samej płci.

Piotr Kozak mieszkał ze swoim partnerem w mieszkaniu komunalnym w Szczecinie. Jego partner, który był oficjalnie najemcą lokalu, zmarł w 1998 roku. Kozak zwrócił się wtedy do urzędu o przepisanie na niego prawa najmu, ale odmówiono mu, powołując się na zapis, który prawo to daje wyłącznie osobom pozostającym faktycznie we wspólnym pożyciu małżeńskim z najemcą.

Sprawa trafiła do sądu – Kozak chciał być traktowany jak inni, którym zmarł partner płci przeciwnej. Sąd uznał jednak, że konkubinat może być wyłącznie heteroseksualny. W 2001 roku Piotr Kozak wysłał skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. I przyznano mu rację.

Nie umiem sobie wyobrazić, nie znam i nigdy nie przeczytałem ani nie usłyszałem sensownej argumentacji za tym, żeby odmawiać prawa do dziedziczenia po bliskiej osobie. Abstrahując od płci, orientacji psychoseksualnej, od konkretnego przypadku – to zwykła niesprawiedliwość!

Jednocześnie przykład Piotra Kozaka pokazuje, że rejestrowane związki partnerskie – lub inna forma instytucjonalizacji związku między dwoma osobami tej samej płci – nie są fanaberią, wymysłem, czy modą, tylko realną potrzebą.

Komu może zaszkodzić wprowadzenie instytucji związków partnerskich? Czy naprawdę umożliwienie dziedziczenia, odwiedzania partnerki lub partnera w szpitalu i formalne stwierdzenie, że dwie dorosłe osoby stanowią związek, będzie zamachem na „jedyne prawdziwe” i „dozwolone przez boga” małżeństwo?

Związki partnerskie – nikomu nie zaszkodzą, wielu mogą pomóc.

Na ten temat:
Gazeta Wyborcza: Kiedy państwu związek homoseksualny na rękę?
Rzeczpospolita: Homoseksualista wygrał z Polską
Tomasz Łysakowski: Parada nierówności

24 lutego 2010 | LGBTQ, inne

Z okazji czterolecia działalności antyhomofobicznej w Toruniu, Stowarzyszenie „Pracownia Różnorodności” publikuje na swojej stronie internetowej wspomnienia osób, które działają i działały na rzecz środowiska LGBT w Grodzie Kopernika (link). Poniżej moja refleksja:

Moja działalność na rzecz lesbijek i gejów zaczęła się w Toruniu, w ramach ówczesnego oddziału Kampanii Przeciw Homofobii. Później kontynuowałem ją w Bydgoszczy, zakładając Lambdę Bydgoszcz, obecnie udzielam się w Lambdzie Warszawa -najstarszej polskiej organizacji LGBT.

Jednak wszystko zaczęło się właśnie w Toruniu, wiosną 2007 roku, kiedy podczas którejś słonecznej soboty zorganizowano grill integracyjny w Parku na Bydgoskim Przedmieściu. Uczestniczyli w nim Holendrzy z partnerskiej organizacji COC Leiden i dziesięć, może nawet dwanaście osób z KPH Toruń. Już sama ta liczba była dla mnie zaskoczeniem.

Pierwsze wrażenia? Pozytywne. Otwartość, radość, pozytywność, chęć zmiany. Jedna wizyta w Toruniu, druga, trzecia. I kolejne. Było we mnie trochę niepewności, ale zaangażowałem się w działalność grupy. Przyjeżdżałem na spotkania, wypowiadałem się na forum.

Z czasem pojawiła się we mnie większa odwaga i mniejsza kompromisowość wobec homofobii, czy heteronormatywności, o których dowiadywałem się coraz więcej. Doświadczenie w połączeniu z wiedzą, które zdobyłem w Toruniu, stworzyły fundament dla mojego dalszego zaangażowania.

24 stycznia 2010 | LGBTQ

Wygląda na to, że powstaje nowa organizacja LGBT. Organizatorki i organizatorzy Dni Równości i Tolerancji, które odbywają się każdej jesieni w Poznaniu, zdecydowali się na powołanie stowarzyszenia. Na stronie internetowej Dni Równości czytamy:

Informujemy, że po 7 latach działania jako grupa nieformalna, postanowiliśmy wreszcie sformalizować naszą działalność i założyć Stowarzyszenie Dni Równości i Tolerancji. Mamy nadzieję, że ta zmiana wpłynie pozytywnie na nasze działania, i będziemy mogli jeszcze więcej robić na rzecz równości i tolerancji.

To bardzo dobra wiadomość! SDRiT to kolejna nowa organizacja – obok Bears of Poland, na których premierę cały czas czekam…

Dni Równości i Tolerancji w 2009 roku zostały dofinansowane ze środków Funduszu Stonewall Stowarzyszenia Lambda Warszawa. Myślę, że organizatorkom i organizatorom – w wersji sformalizowanej, jako NGO, łatwiej będzie ubiegać się w przyszłości o środki finansowe na organizację tego przedsięwzięcia. Gratuluję decyzji!

17 stycznia 2010 | LGBTQ

Nieprzyjemny szum zrobił się wokół Naszej Sprawy 2. Portal internetowy Gaylife.pl zaatakował Stowarzyszenie Otwarte Forum – Michała Minałto i Uschi Pawlik, którzy w grudniu 2009 złożyli pozew cywilny o naruszenie dóbr osobistych przez dziennik „Rzeczpospolita”.

Chodzi o satyryczny rysunek Andrzeja Krauze oraz dwa teksty – felieton Macieja Rybińskiego i artykuł Tomasza Terlikowskiego. Wszystkie opublikowano przy okazji zeszłorocznej Parady Równości na łamach „Rzeczpospolitej” w czerwcu 2009 i każdy z osobna w obrzydliwy sposób sugerował, że homoseksualność ma coś wspólnego z zoofilią. Grupa osób związanych ze Stowarzyszeniem Otwarte Forum zażądała od „Rzeczpospolitej” opublikowania sprostowania i przeprosin. Po odmownej odpowiedzi rozpoczęła z prawnikami prace nad przygotowaniem pozwu. Pozew trafił do sądu w grudniu 2009, a w Wigilię o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza” i… rozpętała się prawdziwa burza.

Redaktor naczelny Gaylife.pl, Jacek Adler (aka Antarex) między innymi w ten sposób skomentował sprawę (pogrubienia moje):

Naszym zdaniem zapędzili się w kozi róg. Niczyje dobra osobiste nie zostały naruszone. Teksty są antygejowskie, ale nie ma w nich żadnych obraźliwych sformułowań. Są tylko poglądy, których – podobnie jak Pawlik i Minałto – w przeważającej części nie podzielamy. Są sformułowania, w sporej części niemiłe dla środowiska homoseksualnego, w tym także dla nas. Czy to powód, aby kneblować komukolwiek usta? Czy dyskutować wolno jedynie ze „swoimi”? Czy na tym polega dialog? Debata publiczna? To oczywiście pytania retoryczne.

Porównanie orientacji psychoseksualnej (homoseksualności, biseksualności) z parafilią (m.in. zoofilią, pedofilią, nekrofilią) nie tylko jest nieuzasadnione – to mylenie pojęć – ale także bardzo szkodliwe społecznie – wprowadza zamęt, utrudnia edukację w tym zakresie i poprawę sytuacji osób nieheteroseksualnych. Poza tym, nie ma nic wspólnego z wolnością słowa i jest ewidentnie sprzeczne z aktualnym stanem wiedzy. Wystarczy zapoznać się ze stanowiskami i oświadczeniami stowarzyszeń, związków i innych organizacji psychologicznych, psychiatrycznych, seksuologicznych, socjologicznych, czy nawet Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). O tym czym jest homoseksualność nie rozstrzygają publicyści, tylko nauka. Z całą pewnością nie powinno to być przedmiotem „debaty publicznej”, o której pisze Adler. Rozstrzygał już o tym polski sąd, przynajmniej raz – w związku z pierwszą „Naszą Sprawą”; stąd też nazwa aktualnej kampanii – nadana sequelowi za zgodą organizatorek tej pierwszej, oryginalnej NS.

Jednak jest zasadnicza różnica między pierwszą a drugą wersją „Naszej Sprawy”. W ramach pierwszej NS wytoczono bowiem proces dwóm politykom Prawa i Sprawiedliwości – przewodniczącemu Rady Miasta Poznania, Przemysławowi Alexandrowiczowi oraz innemu poznańskiemu radnemu PiS, Jackowi Tomczakowi, w związku z ich komentarzami (w podobnym tonie) przy okazji Marszu Równości w 2004 roku. Faktem jest, że wypowiedź przewodniczącego Rady Miasta, czy nawet radnego, ma w takiej sprawie zupełnie inne oddziaływanie od satyrycznego rysunku w konserwatywnym dzienniku.

Zgodzę się, że jest wiele innych przykładów podobnych wypowiedzi, które są dużo bardziej szkodliwe, jaskrawe i „łatwiejsze do wygrania”, jednak nie mam wpływu na to, co w uznaniu Michała Minałto, czy Uschi Pawlik jest dla nich bardziej obraźliwe – to do ich oceny należy co ich obraża (bardziej), a co nie (lub mniej).

Sama sprawa, w związku z prywatnym charakterem, nie powinna być w ogóle w ten sposób komentowana, jednak pozwany i pozwana ze współpracującą grupą wyraźnie do tego zachęcają, robiąc z NS2 kampanię – ze stroną internetową, rzecznikiem prasowym… Krytyka jest zatem dozwolona, ale czy na pewno w takiej formie, jaką proponuje Gaylife.pl, a za nim Polgej.pl i Gay.pl? To nie jest konstruktywna krytyka, tylko atak, który szkodzi środowiskom LGBT jeszcze bardziej niż – w ocenie oponentów – sama NS2. Wystarczy przywołać wywiad, w którym prof. Tomasz Nałęcz staje po jednej stronie z Gaylife.pl „przeciw »koziej wojnie«”, a następnie wycofuje się z tego, czy wywiad dla „Rz”, w której Adler mówi m.in. „Większość środowiska jest normalna, nie biega na manifestacjach z piórami w tyłku (…)”.

Błędy popełnia każda ze stron, po kolei. Najpierw „Rzeczpospolita”, publikując homofobiczne, sprzeczne z nauką i rozumem bzdury; później także w pewnym stopniu grupa związana z SOF-ą, wnosząc pozew przeciw satyrycznemu obrazkowi; a następnie Jacek Adler, który broniąc „wolności słowa”, jako działacz gejowski, występuje przeciw „gejom zawodowym”. Różny jest jednak charakter i szkodliwość tych błędów, różne – dobre i złe – są także zamiary każdej ze stron.

„Nasza Sprawa 2” cieszy się w środowisku dużym poparciem – poparły ją oficjalnie Kampania Przeciw Homofobii, Lambda Warszawa, Trans-fuzja, czy toruńska Pracownia Różnorodności, a także wiele pojedynczych, często anonimowych osób. I słusznie. Bo sprawa jest słuszna. Nie zmienia to jednak faktu, że mogła zostać rozegrana inaczej, lepiej. Tę energię można byłoby wykorzystać na proces nie z konserwatywnym medium (dlaczego nie pozwać „Naszego Dziennika” czy „Frondy”, które posuwają się znacznie dalej?) i to na dodatek w związku z satyrą, tylko na coś „mocniejszego”, dużo poważniejszego. Takich wypowiedzi, szczególnie polityczek i – jeszcze szczególniej – polityków, jest pełno! Żeby nie szukać daleko, przywołam głośną ostatnio sprawę interpelacji posła Stanisława Pięty (nota bene też z PiS) ws. wystawy w Muzeum Narodowym. Trzeba przyznać, że interpelacja to już nie satyra (także, wbrew pozorom, w przypadku posła Pięty).

Właśnie ze względu na satyryczny charakter rysunku Krauzego i felietonu Rybińskiego, które stanowią sedno sprawy, doszło do nieporozumień i niewłaściwej interpretacji przez media, jakby powód i powódka chcieli wprowadzenia zakazu lub ograniczeń dotyczących dowcipów z/na temat osób bi- i homoseksualnych (patrz: Szczepan Sadurski). To nie służy idei, która towarzyszy NS2 i wprowadza dyskusję na niewłaściwy tor. Tak podejrzewam – nie sądzę, żeby SOF-ie zależało na jakimkolwiek ograniczeniom dotyczącym żartów na temat lesbijek i gejów.

Niemniej, podpisuję się pod ideą „Naszej Sprawy 2” i czekam na „Naszą Sprawę 3”, pod którą podpisze się także Gaylife.pl i Polgej.pl – taka NS jest przecież możliwa!

A Abiektowi radzę – nie przejmuj się głupotami, nie rób z niskonakładowej bulwarówki opiniotwórczego medium, nie odpowiadaj na ciosy poniżej pasa. Skoro cieszysz się z pojawienia się na stronie głównej „Frondy”, uśmiechnij się czytając o sobie we frondzie. Gejowskiej frondzie.

I powodzenia w wygraniu naszej sprawy!

Na ten temat:
Homiki.pl: Co się dzieje w Naszej Sprawie 2

5 stycznia 2010 | prawa człowieka

W zeszłym tygodniu zaproszono mnie na kolejną Żywą Bibliotekę, organizowaną – już po raz drugi – w Toruniu, tym razem w związku z 18. finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Grupa uczennic i uczniów jednego liceów postanowiła, że tegoroczna akcja w ich szkole nie skończy się na samym zbieraniu pieniędzy, ale pozwoli także przybyłym uczestniczkom i uczestnikom zmierzyć się z własnymi stereotypami i uprzedzeniami.

Niestety, wczoraj przyszła wiadomość, że zaproszenie jest nieaktualne. „Dyrekcja (…) jednak zrezygnowała z organizacji Żywej Biblioteki dnia 10 stycznia”. Szkoda. „Z pewnością Państwo znają powody” – napisała jedna z organizatorek. – „Niestety nadal nasze społeczeństwo nie jest aż tak otwarte”. Przynajmniej obyło się bez obraźliwych komentarzy, jak w przypadku wiceprezydenta Opola w listopadzie 2008.

To już kolejna Żywa Biblioteka, która spotyka się z problemami natury organizacyjnej. Znowu okazuje się, że dla młodych ludzi – organizatorek i organizatorów – większym problemem od znalezienia przedstawicielek i przedstawicieli grup dyskryminowanych jest niechęć instytucji, których jednym z celów jest (powinno być!) to, do czego zmierza ŻB – promocja różnorodności, otwartości i akceptacji wobec ludzi, których jedyną winą jest to, że nie są „tacy jak my”.

Żywa Biblioteka znów nie miała okazji ożywić umysłów – została „uśmiercona”. Bardzo możliwe, że nie chodziło o uprzedzenia osób, które podjęły decyzję, tylko o ich obawy przed reakcją otoczenia – bywało przecież podobnie już w przeszłości. Zachęcam do zapoznania się z historią – podobną, ale z happy endem – Festiwalu Praw Człowieka, a licealistki i licealistów gorąco namawiam do podobnych działań. Życzę determinacji i służę swoją pomocą!

Zobacz też: ŻywaBiblioteka.org.pl